CMenu

oczytane

  • Zostań tutaj, mój bracie. Jeśli klacz wyczuje wilka, głośno zarży. Jeśli pójdę sam może nie narobi hałasu i zdołam zajrzeć przez okno. .

    - Pieśń wagancka Bandar-Logu. .

    Tybet nie lubi obcych .

    - Skąd ci to przyszło do głowy? - spytał z irytacją Marker. .

    - To niebezpieczne miejsce pracy. W ciągu ostatnich piętnastu lat stracili pięciu prawników. To nie jest dobra statystyka. .

  • - Pieśń wagancka Bandar-Logu. .

    — Pracowałam jako kelnerka, ale z tego trudno się było utrzymać. Kiedyś jeden z klientów zaproponował mi zajęcie w klubie. Zawsze byłam dobrą tancerką. — Uśmiechnęła się w zadumie. — Mają rację, kiedy przestrzegają przed lekkimi grzechami — mam na myśli księży. To zdumiewające, jak szybko człowiek staje się kimś, kim wcale nie chciał być.. Oblał mnie złoty blask zachodzącego słońca. Był to przyjemny, przestronny pokój, pachnący świeżym drewnem i farbą. W kącie stała donica z jakąś rośliną pnącą się po drabince. Na ścianach wisiały amulety. Rozpoznałem robotę Dżiny. Na stojącym na środku stole, wśród porozrzucanych narzędzi i pojemników z farbami, leżały kawałki patyków, sznurka i koraliki, jakby ktoś rozebrał na części jeden z talizmanów. Zrobiłem krok naprzód. Na stole zobaczyłem również rozwinięty zwój z naszkicowanymi amuletami. Były zupełnie niepodobne do tych, które widziałem u Dżiny. Nawet na pierwszy rzut oka wyglądały dziwnie niepokojąco. Kiedy przyjrzałem im się lepiej, doszedłem do wniosku, że jeszcze nigdy takich nie widziałem. Małe paciorki miały twarze, a patyki były pokryte spiralnymi wzorami. Im dłużej na nie patrzyłem, tym większy budziły we mnie niepokój. Miałem wrażenie, że nie mogę złapać tchu, że te rysunki mnie wciągają.. - Jeśli jest zdrajcą - mówił Ellis - i jeśli udało mu się skontaktować z Rosjanami, to powiedział im o jutrzejszym spotkaniu. W takim przypadku na pewno zaatakują i spróbują pojmać Masuda.. - Na Boga. On też wie?. - Tak, to syn sąsiadów.. W moim nowym towarzyszu podróży było coś, co przypominało Orkana, zwłaszcza spojrzenie, które mogło przenikać człowieka na wskroś. Prowadzony pewną dłonią przewodnika wkrótce znalazłem się przed domostwem, które według jego słów zajmował Henryk, zwany w mieście Szczytnikiem. Z sobie tylko znanych powodów mężczyzna nie chciał jednak wchodzić do środka. Gdy wymamrotałem podziękowania, nieznajomy uważnie zmierzył mnie raz jeszcze wzrokiem od stóp do głów, potem ścisnął mi ramię i rzekł: „Gdyby twój ojciec zapytał, kto cię tu przyprowadził, odpowiadaj śmiało, że mistrz Wolfgang z Weimaru. Tylko wtedy, kiedy zapyta Henryk z Ziz. Pojmujesz to, mój chłopcze?” Skinąłem głową. Wówczas puścił mój rozbolały z nagła bark, odwrócił się na okrytej czarną ciżmą pięcie i spiesznie oddalił. Patrzyłem, jak znika u wylotu uliczki, niejasno przeczuwając, że będę miał jeszcze okazję spotkać tego zagadkowego człowieka.. - Miło tu - powiedziała. - Czekamy na Scotta?.